niedziela, 19 lutego 2017

Magia świąt + wywiad!

Hermiona należała do osób, które nienawidziły przedświątecznego szału zakupowego. Zwłaszcza jeśli w te święta zamierzało się być samotnym. Harry i Ginny spędzali je wraz z dziećmi, toteż nie chciała im się narzucać, mimo zaproszenia. U Weasley’ów wolała się nie pojawiać, głównie po tym, jak w zeszłego Sylwestra odrzuciła Rona, który zapragnął się jej oświadczyć.
            Teleportowała się do Dziurawego Kotła, skąd poszła prosto na Pokątną. Nie bywała tu zbyt często, ale zawsze była urzeczona widokiem tych wszystkich magicznych ozdób, świecidełek i innych kiczowatych dekoracji, jasno dających do zrozumienia, że święta są coraz bliżej. Co z kolei przypomniało jej, że wcale nie będą takie wesołe jak dotychczas.
            Z ciężkim westchnieniem ruszyła w dół ulicy, zamierzając odwiedzić w pierwszej kolejności Bank Gringotta. Śnieg prószył coraz mocniej, bardziej przypominając porządną śnieżycę, wzmaganą silnym wiatrem. Naciągnęła mocniej kaptur, by lepiej ochronić się od chłodu i przyspieszyła. Pragnęła jedynie znaleźć się w środku i uciec przed zamiecią. Odetchnęła z ulgi, gdy tylko wpadła do hallu. Podróż do skrytki nie należała do zbyt przyjemnych, ale nie spodziewała się niczego innego.
            Po opuszczeniu banku zastanawiała się, gdzie pójść najpierw. Zdecydowała, że zajrzy dosłownie na moment do Esów i Floresów, napije się cudownej kawy z syropem Apple Pie, który zapachem zdecydowanie przywodził na myśl święta, a na końcu kupi choinkę. W końcu po to tutaj przyszła.
            Jej wizyta w Esach Floresach trwała definitywnie za długo. Na zewnątrz było już ciemno. Pognała szybko po upragnioną kawę, aby się nieco ogrzać. Zima była ostra
i dokuczliwa. Nie pamiętała, kiedy ostatnio napadało tyle śniegu, że trudno było się przedostać gdziekolwiek. O komunikacji miejskiej w Londynie nie było mowy. Na szczęście, bycie czarodziejem miało to do siebie, że nie musiała przejmować się tym, czy dotrze szybko do domu.
            Z tego, co pamiętała, magiczne choinki sprzedawano niedaleko Gringotta. Miała nadzieję, że została jeszcze jakaś w miarę ładna, którą mogłaby z dumą postawić w pustym kącie salonu. Odkąd mieszkała sama, dom był pusty, cichy i taki smutny. Chciała mu nadać przynajmniej w święta jakiegoś radosnego akcentu, by nie czuć się aż tak źle i samotnie. Żałowała, że nie może spędzić tego czasu z rodzicami. Strasznie ich jej brakowało. W dodatku nic nie wskazywało na to, aby w najbliższej przyszłości miała znaleźć sobie kogoś, z kim mogłaby stworzyć zdrowy i rozsądny związek. Marzyła o mężczyźnie, z którym będzie mogłaby porozmawiać na tematy naukowe. Życie Rona kręciło się jedynie wokół quidditcha. Nic więc dziwnego, że dostał się do jakiejś drużyny, której nazwy nawet nie starała się zapamiętać. Pragnęła, by jej wymarzony ideał był kimś, kto ją wysłucha, będzie wspierał w każdych wyborach, ale także będzie kochał całym sercem, a jednocześnie nie zostanie pantoflarzem, będzie umiał postawić na swoim…
            Nim się obejrzała, stała już przed stoiskiem, gdzie wcześniej zauważyła ogrom choinek. Teraz została tylko jedna. Jedna jedyna, która z miejsca skradła serce panny Granger. Zdecydowała, że musi zdobyć ją za wszelką cenę. Sięgnęła po nią, gdy niespodziewanie usłyszała ostry, bardzo znajomy głos:
            — Odwal się, Granger, to moja choinka!
            — Profesor Snape? — zapytała zaskoczona. — Chwila! Ja pierwsza ją zobaczyłam!
            — Chyba śnisz, Granger. Ja byłem tu wcześniej, tylko na moment się odwróciłem.
            — Jakoś pana nie zauważyłam — odgryzła się, czując narastającą złość. To jej choinka, a on nie może rościć sobie do niej żadnych praw.
            — Cóż, nic nie poradzę na to, że gniazdo na twojej głowie przysłania ci widok.
            – Ale z pana arogant. Im starszy, tym głupszy — mruknęła.
            — Co tam mamroczesz?
            — Że tłuste włosy zatykają panu uszy.
            Otworzył usta, zapewne zamierzając to jakoś trafnie skomentować tudzież zripostować, ale najwyraźniej zabrakło mu słów. Dziewczyna zaśmiała się pod nosem, po czym chwyciła oburącz choinkę.
            — Wygrałam — powiedziała, posyłając mu uśmiech.
            — Po moim trupie, Granger.
            — Da się załatwić — zachichotała.
            — Oddawaj choinkę i zapomnimy o całej sprawie.
            — Nie ma mowy! Ja byłam pierwsza. I nie obchodzi mnie jak pan sobie znajdzie choinkę. Ta jest ostatnia i należy do mnie.         
            — Niech ci będzie — westchnął. Hermiona spojrzała na niego zaskoczona. To absolutnie niemożliwe, że poddał się tak szybko. — Mogłabyś potrzymać mi tę książkę? Muszę coś załatwić.
            Odłożyła choinkę na miejsce i sięgnęła po książkę, która wcale nie trafiła do jej rąk. Tymczasem Snape wziął świąteczne drzewko pod pachę i ruszył w stronę sprzedawcy, uśmiechając się paskudnie do Granger, która wciąż stała w tym samym miejscu z otwartymi ustami.
            — Dzięki, Granger. Wesołych — dodał, oddalając się od niej.
            Dziewczyna spojrzała smutno za odchodzącym profesorem. Pociągnęła nosem, powoli ruszając w górę ulicy, z pustymi rękami. Nie tego się spodziewała. Nie tak to miało wyglądać. Miała kupić tę choinkę, zanieść ją do mieszkania, by ożywić wnętrze i jakoś spędzić te kilka dni wolnego. A potem znów rzuciłaby się w wir pracy i byłoby jej wszystko jedno, jak wygląda dom.

            Kolację wigilijną zamówiła w pobliskiej pizzeri. Nie miała ochoty bawić się
w gotowanie. W ten dzień zamierzała posiedzieć przy przygaszonym świetle, otulona ciepłym kocem, z dobrą, mugolską książką i lampką wina. A najlepiej całą butelką. Tak będzie łatwiej znieść samotność, upijając się. Wtedy będzie jej już wszystko jedno. Czy cholerna choinka stoi w pustym kącie, czy też nie.
            Jak chciała, tak zrobiła. Kanapa jednak nie była aż tak wygodna, jakby sobie tego życzyła, koc wcale nie ogrzewał przyjemnie, wciąż było jej za zimno, różdżka leżała w kuchni, ale nie chciało jej się wstać i po nią pójść, małe oświetlenie i czytanie książki sprawiło, że piekły ją oczy, a zamiast wina znalazła tylko wódkę. Była zła, zdecydowanie zła. Nic nie szło po jej myśli. Najpierw okrutna śnieżyca, przez którą jej włosy sterczały we wszystkie strony, potem cholerny Snape, który sprzątnął jej choinkę sprzed nosa, a teraz puste i zimne mieszkanie. I wigilia, której właściwie wcale nie było.
            Zapragnęła sobie zwyczajnie popłakać nad swoim beznadziejnym losem. Nie miała żadnego faceta, a była w wieku, kiedy już powinna powoli myśleć o zakładaniu rodziny. Nie miała nikogo. Była samotna, chociaż niby miała przyjaciół. Nienawidziła świąt i nienawidziła siebie, a jej głównym życzeniem stał się jak najszybszy powrót do pracy. Wiedziała jednak, że nastąpi to dopiero za tydzień. Cały tydzień będzie siedziała sama w domu. Lepiej być nie mogło.
            Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła, zmęczona, sfrustrowana i wściekła jednocześnie. Jednak przede wszystkim smutna i osamotniona. Nie tak sobie wyobrażała swoje przyszłe życie, kiedy miała kilkanaście lat. Miała mieć wspaniałą rodzinę i z nią spędzać czas wolny od pracy.
            Nagle usłyszała natarczywe pukanie do drzwi, które wyrwało ją ze snu, który okazał się całkiem przyjemny; pomijając niewygodną kanapę, od której bolał ją cały kręgosłup. Podniosła się powoli i ruszyła do drzwi. Jej umysł wciąż nie pracował na pełnych obrotach, toteż wcale nie zdziwił jej widok choinki stojącej przed drzwiami, gdy tylko je otworzyła. Zamrugała kilkakrotnie, ale drzewko wciąż tam było. To samo, które chciała kupić na Pokątnej, ale uprzejmy profesor Snape ją przechytrzył. Otworzyła usta, aby zapytać, co ta choinka tu robi, ale doszła do wniosku, że to byłoby nie na miejscu, gdyby zaczęła gadać do drzewa. Wtem ktoś znacząco odchrząknął, dając znak swej obecności, której się mimo wszystko nie spodziewała.
            — Co pan tu robi, profesorze? — zapytała, nieco przytomniejąc. Otworzyła szerzej drzwi, zapraszając go do środka. Wszedł, ciągnąc za sobą choinkę, która najwyraźniej nie była chętna do współpracy, bo zablokowała się w ciasnym korytarzu.
            — Durne małe mieszkanie — mruknął Snape, popychając choinkę. — Ciągnij Granger. Mocniej. Jeszcze trochę. Ciągnij, do cholery! Nie jest z porcelany. Nie rozbije się ani nie rozwali. O, tak! Właśnie tak! Jeszcze trochę! Już prawie…
            — Ciszej. Co pomyślą sąsiedzi? — wysyczała.
            — Do diabła z twoimi sąsiadami. Lepiej ciągnij tę choinkę.
            W końcu się udało. Hermiona boleśnie upadła na pośladki, na nią migoczące drzewko, a na to drzewko Snape, który wcale nie był taki lekki. Granger jęknęła, choinka zaskrzypiała, Severus zaś warknął.
            — Może by pan wstał? Wbrew pozorom jest pan ciężki. A mnie i tak już boli kręgosłup.
            — Jeśli ktokolwiek powinien narzekać, to ja.
            — Nie wierzę, że jest pan aż tak stary, aby odczuwać bóle reumatyczne — zaśmiała się.
            Snape prychnął, podnosząc z niej choinkę.
            — Gdzie mam ją postawić?
            — W tamtym kącie.
            Obserwowała Severusa, jak ustawia drzewko w wyznaczonym miejscu. Wydawał się jej być taki… ludzki i bliski. Pasował tu. Aż za bardzo. Zdziwił ją tor, jakim podążały jej myśli. Dotychczas myślała o nim jedynie jak o dupku z lochów, a teraz… świetnie się z nim przekomarzało, to musiała przyznać z ręką na sercu. Podobało jej się to.
            — Na co się tak gapisz, Granger? Dostaniesz wytrzeszczu oczu, jakkolwiek się to ma do rzeczywistości.
            — Przepraszam, po prostu doszłam do wniosku, że jest pan człowiekiem.
            Nagle stało się coś, czego w życiu nie spodziewała się usłyszeć, a tym bardziej zobaczyć. Severus Snape wybuchł najprawdziwszym, szczerym śmiechem. Osunął się po ścianie, chwytając się za brzuch.
             — Spodziewałaś się wampira, co? — rzekł w końcu, kiedy się uspokoił. Jego oddech był ciężki i nierówny.
            — Oczywiście, że tak, profesorze. Czy jest jakiś konkretny powód, któremu zawdzięczam tą nieoczekiwaną wizytę? — spytała.
            — Są święta, czyż nie? Przyznam szczerze, że wyglądałaś okropnie żałośnie, kiedy udało mi się kupić ostatnią choinkę — powiedział, uśmiechając się drwiąco. — Jak pięcioletnie dziecko, któremu sprzątnięto ciastko sprzed nosa. Postanowiłem więc podzielić się tym ciastkiem.
            — To miło z pana strony. Dziękuję. Napije się pan czegoś? Mam kawę, trochę mleka
i wódkę. Ewentualnie jest jeszcze woda.
            — Daj wódkę. Trochę alkoholu nie zaszkodzi. Zwłaszcza, że spędzę ten wieczór
w twoim towarzystwie — sarknął.
            — W doborowym, chciał pan powiedzieć — zachichotała.
           
            Niedługo później, większa połowa butelki została opróżniona. Hermiona bełkotała coś pod nosem, ale Severus nie potrafił rozszyfrować tego, co mówiła. Na pewno było coś
o kotach, kradzionych choinkach i nietoperzach. Ach, jeszcze wspomniała, że już nigdy nie napije się ze Snapem. Mężczyzna miał ochotę śmiać się z jej zachowania. Zdecydowanie nie miała głowy do picia. Resztę wódki wypił więc sam. Czuł się dobrze i błogo. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak… radosny? Tak, to dobre określenie. Severus był naprawdę
w doskonałym humorze i wiedział, że mógłby tak trwać wiecznie. Podobało mu się. I było znacznie lepsze od wigilii w Hogwarcie, podczas której musiałby słuchać ględzenia Minerwy. Szanował i lubił tę kobietę, ale doprowadzała go swoimi morałami do białej gorączki.
            — Severusie?
            — Tak? — zapytał, nie odrywając wzroku od sufitu. Prawdę mówiąc, nie miał ochoty
w ogóle się ruszać. Dotychczas spięte mięśnie karku rozluźniły się, przynosząc ulgę.
            — Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego tak właściwie jesteś samotnym mężczyzną?
            — Z moją niewątpliwie uroczą aparycją, jeszcze lepszym charakterem… Dosłownie każda kobieta rzucała mi się w ramiona — warknął wściekły, że porusza tak drażliwy dla niego temat.
            — Nie przesadzasz? Może i nie jesteś jakoś specjalnie przystojny, ale masz cudowne oczy i jesteś niesamowicie tajemniczy, co dla wielu kobiet jest atrakcyjną cechą. Twoje blizny… Masz ich niewątpliwie dużo, ale świadczą o twojej odwadze i poświęceniu,
a charakter… pomijając wszelkie inwektywy, które wychodzą z twoich ust, można cię uznać za całkiem przyjemnego rozmówcę.
            — Kpisz czy kpisz, Granger? — westchnął, zerkając na nią z zaciekawieniem.
O dziwo, wyglądała dość przytomnie. Jej duże, orzechowe oczy wpatrywały się w niego intensywnie. Poczuł się nagi i bezbronny, miał ochotę schować się w najdalszy wzrok. Patrzyła na niego szczerze i rozbrajająco, nie spuszczając nawet na moment wzroku. Wiedział, że mówiła prawdę. Czuł to. A wyraz jej twarzy to potwierdzał.
— Daj spokój. Znosiłaś mnie przez siedem lat w szkole. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, jaki jestem i jak traktuję innych…
— To maska — przerwała mu. — Pokazujesz się od takiej strony, żeby wzbudzać strach i szacunek.
— Dlaczego, Granger? Dlaczego ty zdjęłaś tę maskę?
— Hermiona. Jestem Hermiona, Severusie.
Machnął jedynie lekceważąco dłonią, oczekując odpowiedzi na nurtujące go pytanie.
— Nie wiem. Może dlatego, że jako jedna z nielicznych dostrzegałam, że pod nią kryje się człowiek, który także ma uczucia? Nic na to nie poradzisz, choćbyś pragnął.
— Granger… Hermiono… — zaczął cicho. Tak właściwie nie wiedział, co powiedzieć. Zabrakło mu słów, by skomentować to wyznanie. Nie spodziewał się czegoś takiego. A na pewno nie po pannie Granger, która niejednokrotnie doświadczyła jego paskudnego charakteru. Jak mogła teraz tak na niego patrzeć? Jak mogła go nie nienawidzić? Nie wyrzucić z mieszkania.
— Są święta, czyż nie? — uśmiechnęła się, powtarzając jego wcześniejsze słowa.
Cichy szelest przerwał ciszę, która zapadła między nimi. Obydwoje spojrzeli odruchowo w górę. Nad ich głowami zmaterializowała się gałązka jemioły.
— Czy to nie komiczne? — zaśmiała się.
— Widocznie szczerość twoich słów i intencji sprawiła, że pojawiła się jemioła — rzekł jedwabiście, czując lekkie zawstydzenie.
To niemożliwe. To nie mogło się dziać. Nie zasługiwał na to. Wzrok Hermiony, utkwiony w nim od dobrych kilku chwil mówił jednak co innego. Zapragnął chociaż raz poczuć się jak prawdziwy mężczyzna i pocałować piękną kobietę, która wręcz o to błagała. Jej oczy były jak otwarta księga. Zagłębiał się w nich, chcąc wiedzieć więcej.
Brzmi nieprawdopodobnie, co? Mistrz Eliksirów, Naczelny Postrach Hogwartu, Tłustowłosy Dupek Z Lochów… krótko mówiąc, Severus Snape, zauroczył się — w ciągu jednego wieczoru! — swoją byłą uczennicą. Z naciskiem na byłą. W końcu nie łamali żadnych zasad etycznych.

Dotknął jej delikatnego, miękkiego policzka i pomyślał, że przepadł. Dokładnie, przepadł. I nie miał najmniejszej ochoty z tego zrezygnować. Pochylił się nad dziewczyną, dotykając jej ust swoimi, muskając jej słodkie wargi. Poczuł jakiś impuls elektryczny, który się między nimi pojawił. To była czysta, nieskazitelna i potężna magia. Magia, która sprawiła, że pojawiła się silna, więź. Mieli wrażenie, że czekali na siebie całe życie, ale zawsze się mijali w jakiś sposób. Jednak w końcu na siebie trafili w taki sposób, w jaki pragnęli. Zarówno Severus, jak i Hermiona byli przekonani, że nic i nikt nie będzie w stanie rozłączyć tego, co zostało złączone. Złączone na bardzo długi czas.

*

Witajcie robaczki! Może już wiecie, a jeśli jeszcze nie, miesiąc temu wygrałam konkurs na miniaturkę, zorganizowany przez Katalog Granger. Dziewczyny przeprowadziły ze mną wywiad, na który Was bardzo serdecznie zapraszam <link>
Powyżej wrzucam również miniaturkę, słodko-gorzką, z dobrym zakończeniem. Wprawdzie święta były dwa miesiące temu, ale ich magia nie przemija nigdy. ;)